Są miejsca, które podziwiamy. Robimy zdjęcie. Wracamy do domu.
I po pewnym czasie pozostają jedynie wspomnieniem.
Ale są też miejsca, które zostają z nami znacznie dłużej.
Nie dlatego, że były najpiękniejsze. Nie dlatego, że były najbardziej spektakularne.
Zostają, bo coś w nas zmieniły. Norwegia była dla mnie właśnie takim miejscem.
Z biegiem lat zbierałam fotografie. Wracałam do nich wielokrotnie.
Patrzyłam na góry odbijające się w fiordach. Na niewielkie domy wtulone w zbocza.
Na krajobrazy, które wydawały się niezmienne od setek lat.
I nagle zaczęłam dostrzegać coś zaskakującego. Zdjęcia przypominały mi, jak wyglądały te miejsca. Ale nie przypominały mi, jak się tam czułam.
Nie przypominały ciszy. Nie przypominały przestrzeni.
Nie przypominały historii ukrytej w drewnianych kościołach, starych szlakach i opowieściach przekazywanych przez pokolenia.
Zrozumiałam wtedy, że próbuję zachować coś znacznie większego niż obraz.
Próbuję zatrzymać doświadczenie. Emocję.
Poczucie obecności w miejscu, które nauczyło mnie patrzeć inaczej.
Przez długi czas nie wiedziałam, jak to zrobić. Bo jak zatrzymać wiatr?
Jak zachować spokój fiordu?
Jak opowiedzieć historię kraju, który przez wieki żył w rytmie natury?
I wtedy zaczęłam myśleć o czymś niezwykłym.
O zmyśle, który potrafi przywoływać wspomnienia silniej niż obraz. O zapachu.
Jedno wspomnienie. Jedna nuta. Jedna chwila.
Czasami wystarczy jeden oddech, aby wrócić do miejsca, którego nie widzieliśmy od wielu lat. Właśnie wtedy po raz pierwszy pojawiła się myśl.
A gdyby spróbować opowiedzieć historię Norwegii nie słowami, nie zdjęciami, ale zapachem?
Nie wiedziałam jeszcze, jak trudna będzie ta droga.
Nie wiedziałam też, że zaprowadzi mnie do świata perfum.
Wiedziałam tylko jedno.
Chciałam zachować coś, czego nie dało się zamknąć w ramce.
I właśnie od tego wszystko się zaczęło.